Czy marzenia da się skroić na miarę?

Nim przeczytasz ten tekst drogi Czytelniku, proszę Cię o poświęcenie 6 minut na obejrzenie filmu zamieszczonego poniżej

Będzie on małą wyprawą na Północ Europy i aby w pełni zrozumieć przekaz dzisiejszego tekstu, musisz się z nim zapoznać.

Nazywam się Jonna Jinton. Jestem szwedzką artystką i fotografką. Opowiem Wam historię mojej podróży

Najważniejszą życiową decyzję podjęłam w 2010 roku. Postanowiłam wówczas opuścić dotychczasowe życie w Gotteborgu. Opuściłam mieszkanie i przerwałam studia. Moje serce szukało czegoś innego – natury i ciszy. Przeniosłam się do małej wioski na północy Szwecji z zaledwie 10 mieszkańcami.Moja rodzina ma tam korzenie, więc właściwie był to powrót do domu. Gdy tu dotarłam, nie miałam planów, pieniędzy ani pracy. Ale miałam marzenie. Było nim znalezienie sposobu na to, aby móc pozostać w miejscu, które miałam już schowane głęboko w sercu.

Pierwsze lata na wsi były prawdziwym wyzwaniem

Długie, mroźne zimy, bezustanne zamartwianie o pieniądze i ogrzewanie starego domu były pracą na pełny etat. Był to czas, w którym moje granice  były bezustannie wystawiane na próbę. Ale jednocześnie to wtedy odnalazłam pasję życia. Zaczęłam fotografować, kręcić filmy i pisać. Rozpoczęłam także pisanie boga, dzięki któremu mogłam się dzielić chwilami z mojego nowego życia i wyrażać na nim miłość do natury za pomocą zdjęć i słów. Kupiłam także psa o imieniu Nanook, który stał się moim największym przyjacielem. Życie tak blisko natury obudziło coś we mnie. Poczułam natchnienie by tworzyć, a moim pragnieniem stało się poruszanie ludzi sztuką którą tworzę.

Dziś mija 8 lat odkąd się sprowadziłam do mojego małego domku pod Zorzą Polarną

Stąd zarządzam własnym biznesem – JoJinton from Sweden. Zatrudniłam w nim moją mamę Anitę. Spędzam dnie pisząc, tworząc muzykę, malując i robiąc wszystko to, co pragnie wyrazić moje serce. Przez kanały social media docieram do ponad miliona ludzi tygodniowo. Żyję z moim przyszłym mężem, od niedawna tworzącym jako twórca srebrnej biżuterii. Wciąż jest też ze mną Nanook i dwa koty, oraz krowa Hanna, której imię oznacza w języku szwedzkim gwiazdę. Wciąż mam też życzenie aby dać coś od siebie światu, coś, co przełamie bariery i dotknie duszy. Jedno z moich zdjęć będzie wkrótce sprzedawane na płótnie w Ikei. Zostało wykonane w październikowy poranek kilka minut drogi ode mnie z mostu wybudowanego przez mojego dziadka 80 lat temu. Był to jeden z wielu magicznych momentów, których mogę tu doświadczać.” Tak wiele nauczyłam się przez te lata.

To co najważniejsze, to wdzięczność za najmniejsze dobro w naszym życiu, która prowadzi zawsze do czegoś większego

I to, że tylko my – nikt inny, wytwarzamy sami sobie granice tego, co jest możliwe w życiu, a co nie. I tego, że trzeba być cierpliwym i nigdy się nie poddawać. A także nie bać się czasem tracić gruntu pod nogami.Czasem bowiem może to być najlepsza rzecz, która nam się wydarzy.” ( jestem autorką tłumaczenia -pominęłam nazwę wioski oraz imię narzeczonego ponieważ nie znam szwedzkiego )

 

Zależało mi na tym, aby każdy Czytelnik zrozumiał przekaz filmu, dlatego moje dowolne tłumaczenie jest ukłonem w stronę Czytelników nieanglojęzycznych.

Chciałabym abyście się zastanowili nad swoimi marzeniami

Ostatnio bowiem brałam udział w pewnej rozmowie w internecie na temat tego filmu. Miałam wiele refleksji z nią związanych. W dyskusji mniej więcej chodziło o to, że ktoś uważał, iż jest to mocno przekoloryzowana wersja filmowa życia w zimnym i nieprzystępnym krajobrazie. Osoba ta zasugerowała także, że rzeczywistość odbiega od wyobrażenia w nim zawartego, przestrzegając przed źle pojętą pogonią za marzeniami. Ciekawa jestem jakie jest Wasze wrażenie na temat tego filmu?

Czy czasem nie jest tak że marzymy o czymś iluzorycznym, podczas gdy rzeczywistość od tej iluzji dalece odbiega?

Niezaprzeczalnie film jest promocją osoby Jonny Jinton. To szwedzka artystka, która zachwyca od kilku lat swoimi utworami wykonywanymi w tradycyjnej technice o nazwie “kulning”. To starożytny śpiew, którego używali pasterze na Północy w celu zwabiania krów. Jonna Jinton reaktywując dawne techniki wpisuje się doskonale w dzisiejsze trendy lifestylowe. Ludzie dzisiaj chętnie szukają bowiem kontaktu z przyrodą oraz zwiększa się ich świadomość ekologiczna. Szukają możliwie spokojnych i oddalonych od aglomeracji miejsc do wypoczynku i przyglądają się wnikliwiej psychice zwierząt. Pragną żyć w harmonii z Ziemią i interesują się dawnymi rzemiosłami. W tym świetle nie dziwi fakt,  iż Jonna Jinton ma na dzień dzisiejszy miliony odsłon swoich filmów na You-Tube. Jonna Jinton jest wszechstronną artystką. Jak opowiada w filmie, wyraża siebie również w malarstwie i fotografii. Obrazy które widziałam obfitują w niebieskości i błękity. Zdjęcia ukazują przyrodę i samą Jinton w jej najpiękniejszych kadrach. Cała jej twórczość jest niejako hołdem dla Natury. Osobiście mocno rezonuję z wytworami jej wyobraźni. Jestem poruszona uniwersalnością ich przekazu. Choć jest to film promujący ją jako osobowość i gra na przewidywalnych strunach, potrafi przenieść nas choć na chwilę na zielone mchy lasów Północy.

 

 

Spotkałam się z zastrzeżeniami co do pretensjonalności i stronniczości filmu

Ktoś napisał, że nie pokazuje on prawdy o życiu na Północy Europy, bo to tylko film reklamowy. Rzeczywistość bowiem jest tam podobno przytłaczająca, brakuje witaminy D, a ludzie są introwertyczni, a każdy „normalny dostaje na głowę”. Nasuwa mi się zaraz do głowy pytanie – po co właściwie kręcić film o tym, że nie da się rozpalić w kominku, a pies naniósł błoto na świeżo umytą podłogę? Czy nie jest tak, że codzienne życie nie daje nam wielu zachwytów i momentów uniesienia? Składają się na nie rutyna, obowiązki i pogoń. Kolejną zagwozdką jest dla mnie stwierdzenie o normalności – bo czy nie jest trochę tak, że przytoczona normalność: jest bardzo względna? Wielu z nas skrycie marzy o spokoju ducha, wyciszeniu i zwolnieniu tempa. Wyprowadzamy się na wieś, rezygnujemy z życia w korporacji i porzucamy smartfony.  

Fakt, że życie na wsi nie składa się z głaskania alpak i noszenia dwóch drewienek do kominka w Timberlandach

To raczej ciężka praca wokół domu, miesiące błota na posesji i opróżnianie szamba. Ale zapytałam kiedyś żyjącą na końcu świata osobę, czy wróciłaby do miasta pomimo wielu niewygód jakie przyszło jej znosić. Odpowiedziała mi, że choć czasem zdarza jej się kląć jak szewc, nie oddałaby za nic swojej wolności i niezależności. Dzięki oddaleniu od ludzi i bliskości z naturą, czuje równowagę wewnętrzną i radość. Zawalczyła o swoje marzenie, choć reakcje otoczenia były różne.

Więc jak to jest w końcu z tymi marzeniami? Są tylko pogonią za iluzją, czy może jednak potrafią być drogowskazami? Uważam że zawsze warto o nie walczyć, nawet jeśli nie są idealnie skrojone na miarę. Choć nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich skutków naszych decyzji, warto według mnie podążać za najbardziej szalonymi podszeptami serca, nawet jeśli w oczach innych ludzi hasła te są pretensjonalne. Ciekawa jestem jak z Waszymi pragnieniami? Czy realizujecie je powolutku, czy raz na jakiś czas dokonujecie rewolucji? Co uważacie na temat filmu i projektu Jonny Jinton? Będę wdzięczna za każdy komentarz. Ślę moc dobrej energii.

 

 

 

Źrodła:

www.ulicaekologiczna.pl

www.jonnajinton.se

 

Może Ci się spodobać:

8 komentarzy

  1. Piękny film. Zazdroszczę odwagi bo to chyba najważniejsze w relizacji marzeń. Szkoda, że żyjemy tylko raz bo pewnie każdy z nas w drugim życiu dużo by zmienił. Ja również małymi kroczkami staram się spełniać marzenia. Mam tylko nadzieję, że życia mi starczy 🙂

  2. Uważam, że warto marzyć czym byłoby życie bez chwili spontanicznej decyzji, szybszego bicia serca na myśl, że można spełnić marzenie. Potrzeba odwagii, wiary i chęci żeby pragnienie stało się rzeczywistością. „Marzenia się same nie spełniają… marzenia się spełnia” Nie wszystko w życiu da się zaplanować, ale napewno marzenia nadają jemu sens. Film bardzo mi się podoba, bo pokazuje, że wszystko jest możliwe a bariery są tylko w naszej głowie. Dziękuję za cudowny wpis i życzę jeszcze raz satysfakcji z prowadzenia bloga, spełnienia w życiu zawodowym i osobistym, radości każdego dnia i realizacji marzeń!

    1. Dzięki Marlena za komentarz.Marzenia trzeba spełniać-święte słowa.Cieszę się,że też tak odbierasz ten film.

  3. A ja się najpierw odniosę do film, a potem do Twoich pytań.
    Mnie film zachwycił. Ujął sposób pokazywania trudów na początku drogi tej dziewczyny (bo właściwie dlaczego trudności należy pokazywać dosłownie? Niech się przepycha przez śnieg w pięknej sukience i rąbie dręwno z rozpuszczonym włosami! A co!). Gdy oswoiła się z wymaganiami miejsca przyszedł czas, by oczarować widza krajobrazem. I słusznie. Wierzę jej, że wyjechała, bo serce ciągnęło do natury. Przekonała mnie pokazując to wszystko. Jednocześnie rozumiem też jej potrzebę bycia „z ludźmi”. Nie maluje i nie gra do szuflady. Publikuje to, konfrontuje się, promuje swoją osobę i twórczość będąc jednocześnie w przestrzeni, która pozwala jej nabrać zdrowego dystansu do komentarzy, interpretacji i ocen innych. Spryciara! 🙂
    Niby zdawałam sobie sprawę z tego, że tak można (odcięcie od swiata i jednoczesnie bycie tak blisko swiata) a jednak jest to dla mnie zupełnie nowy sposób na siebie.

    Z marzeniami jest chyba tak, że nie powinny się nigdy kończyć. Przynajmniej ja tak mam. Że chciałabym zawsze mieć coś do zrealizowania. To mnie nakręca, motywuje, cieszy. Mówi się, że mężczyźni mają cele, a kobiety marzenia. A ja czuję, że oboje mamy i to i to. Bo za cele odpowiada rozum a za marzenia-
    serce. A z sercem w mojej opinii jest tak, że realizacja (choć to słowo mi tu wyjątkowo nie pasuje, może jednak powinnam napisac „spełnienie”) jednego marzenia otwiera nam kolejne możliwości, by marzyć. Osobiście spełniam je małymi kroczkami. Ale ta powolna konsekwencja mnie cieszy. Mam taki charakter, że nagłe zmiany, nawet na dużo lepsze, na początku wywołują we mnie strach. Więc wolę powolutku. Mam jedno marzenie, bardzo podobne do marzenia naszej bohaterki, którym chciałabym się tu podzielić po zobaczeniu filmu i lekturze tego wpisu. Jest taki jeden dom, przepięknie położony, w oddaleniu od wielkich miast, zaszyty, z drzewami, stawem, dzikim ogrodem. Marzę, aby w nim zamieszkać. Nie musi być to konkretnie ten don, ale wlasnie on jest trochę takim symbolem mojego marzenia. Zawsze jednak ilekroć o nim myślę pytam siebie – i co ja bym tam po pewnym czasie robiła? Na tym pustkowiu? Czy napawanie się pięknem tego miejsca i znajdowanie sobie codziennych drobnych zajęć, by wystarczyło? Teraz pomału układa mi się to w głowie. Zamieszkałabym i możliwości pojawiłyby się same. Wszak nie stałoby się to z dnia na dzien- coś bym wymyśliła, kogoś poznała, na cos wpadła… Spełniałabym przecież swoje marznie. Które pociągnęłoby kolejne…

    Potrzebujemy chyba tylko odwagi.

    🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *