O szukaniu motywacji i inspiracji

Long time no see. Najwyraźniej wydarzenia ostatnich miesięcy zadziałały na mnie demotywująco w kwestii pisania. Prawda jest taka, że obowiązki dnia codziennego plus intensywność przeżywania przeze mnie życia – szczególnie w okresie letnim – odwodzą mnie od blogowania. Pandemia spowodowała dość spore zawirowanie w moim życiu pod kątem logistycznym. Ci, którzy śledzą mojego bloga lub przynajmniej zaglądają na niego czasem, wiedzą, że początki lockdownu wywarły na mnie mocne wrażenie. Próbowałam sobie radzić z różnymi emocjami z nie zawsze pozytywnym skutkiem. Świeżo postawione kroki w nowym zawodzie niestety utknęły w miejscu z różnych względów. Dzieciaki przeszły w tryb nauki zdalnej i nagle moja doba skurczyła się do rozmiaru rodzynki. Nie miałam czasu czytać, oglądać ciekawych filmów, ani robić niczego kreatywnego ponad przemalowywanie twarzy lalek i robienia Groota ( pozdrawiam fanów Marvela ) ze sznurka z Obi.

Jako osoba, która ceni sobie czas spędzony na patrzeniu w chmury i słuchaniu szumu drzew, byłam zmuszona pożegnać się z wszelkimi momentami kreatywnej autorefleksji

Pozostał mi Instagram i zrobienie kilku ujęć z kwarantanny. Założyłam nawet konto na Tik Toku zainspirowana ciekawymi możliwościami video. Wzięłam udział w Wyzwaniu 30 dni z 30 piosenkami i utknęłam na samym początku. Moje aktywności były spontaniczne i szybko znikające i nie wniosły zbyt wiele w życie moich znajomych, lecz nie spowodowały również fali hejtu ze strony reszty. To o dało mi z kolei jeszcze większą pewność, iż moja skromna internetowa działalność nie poruszy tłumów, lecz także nie sprowadzi na mnie chmury gradowej.

I ta informacja zwrotna wniosła pewną lekkość i świeżość do medium, jakim jest Instagram, a mnie zapewniła chwilowy zastrzyk endorfin

Co muszę przyznać, to fakt, iż te trzy ostatnie miesiące jednocześnie sporo poukładały mi w głowie. Ostatecznie wypędziłam z niej sporo demonów. Demony te były demonami wydumanych i niespełnionych ambicji, bezustannego autokrytycyzmu i ogólnej wewnętrznej napinki na jakieś bliżej nieokreślone samospełnienie. W pewien sposób bowiem mały wirus przypomniał mi coś, czego byłam zawsze świadoma, choć nie zawsze tą wiedzą się kierowałam. Wiedza ta to fakt, że zdrowie jest ulotne, życie cenne, a jutro wcale nie jest czymś zagwarantowanym w 100%.

Nie wiem jak Wy radzicie sobie z nagłymi zmianami w życiu. Ja np. ich wręcz w pewien sposób oczekuję niczym deszczu po upalnym tygodniu. Ale jestem na tyle chwiejna, że chciałabym aby spadła mżawka, albo chwilę polało i przestało. Niestety jak wiemy, często zmiany oznaczają załamanie pogody na dwa tygodnie – i to już nie są wówczas dobre wieści. Lubię efekty natychmiastowe, jasno określone wskazówki co do naprawiania spraw. Nie znoszę marazmu, szamotania się po omacku i szukania rozwiązań. Dlatego zatrważa mnie np. kwestia katastrofy klimatycznej czy znany nam wirus. Obie kwestie toczą się w tle naszych codziennych spraw i niby nosimy maseczki, niby segregujemy śmieci, ale w sumie pewności co do skutków tych działań nie mamy.

To, czego oczekiwałam i potrzebowałam w ostatnim czasie, to były lekkie i świeże rzeczy które mogły zająć mi głowę

Nie ukrywam, że lato wspiera we wszelkich formach aktywności na powietrzu i dopiero teraz odkryłam radość z jazdy na hulajnodze, a także znalazłam alternatywę dla biegania, które wybitnie mi nie idzie.  Mówię o rolkach, które dają mi mnóstwo radości i satysfakcji. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wyznaczyła sobie jakiegoś celu z nimi związanego. Bo jestem jedną z tych osób, które zawsze do czegoś dążą, nawet w tak mało istotnych kwestiach jak jazda na rolkach. Marzy mi się slalom pełen finezji po osiedlowych alejkach, lecz na razie cieszę się z udanej nawrotki na jazdę do tyłu. To, co mnie osobiście inspiruje – to oglądanie innych ludzi jeżdżących na rolkach po miastach, a także pełen wdzięku taniec porównywalny do jazdy na łyżwach.

Może to zabawne, ale u mnie działa. To, co mnie fascynuje w sporcie, to przekraczanie granic możliwości fizycznych człowieka. Niestety jako dziecko nie uprawiałam żadnych sportów poza jazdą na rowerze, więc uczenie się snowboardu po 20 r. ż. już nie było tak proste.

Ale uważam, że sport jest w głowie i przy odrobinie samozaparcia człowiek jest w stanie pokonywać swoje ograniczenia

Początki na stoku były trudne, ale każdy kolejny sezon dawał większą satysfakcję i w końcu nadszedł i dla mnie ten moment, w którym poczułam lekkość, łatwość i endorfiny związane ze zjazdem. Musiałam jednak wyjeździć swoje godziny.

Czasem wydaje mi się, że jedynie moment maksymalnego skupienia na własnym zmęczeniu, moment totalnego skupienia na wykonywanej czynności przez organizm powoduje na chwilę wyciszenie wewnętrznej szamotaniny. Trudno mi myśleć o milionie czarnych scenariuszy związanych z życiem, kiedy walczę o płynność przekładanki na rolkach. Sądzę, że podobnie jest z motorem, kite-surfingiem czy  każdą inną aktywnością dającą nam możliwość eksploracji świata zewnętrznego w nowy sposób. Te endorfiny wytwarzane przez mózg dają bezcenne chwile wytchnienia. A Wy? Jaką macie motywację do sportu? Czy u wszystkich tak to działa? Czy może najzwyczajniej „musicie inaczej się udusicie”?

Może Ci się spodobać:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *